Od lat słyszymy, że Apple w końcu dorzuci do zegarka czytnik linii papilarnych. Były patenty, były testy, były nawet linie kodu sugerujące prototypy. Jeśli jednak wierzyć najnowszym przeciekom, projekt Touch ID ostatecznie wylądował w koszu. Powód tej decyzji jest prozaiczny. Iżynierowie uznali ponoć, że w ciasnej obudowie nie ma miejsca na zbędne bajery, gdy priorytetem pozostaje każda miliamperogodzina baterii.
Trzeba otwarcie przyznać, że na tle konkurencji czas pracy Apple Watcha na jednym ładowaniu jest zwyczajnie krótki.
Apple musiało dokonać wyboru. Touch ID poczeka
Wnętrze Apple Watcha to obecnie jedno z najciaśniej upakowanych urządzeń na rynku. Jak donosi wiarygodny leaker Instant Digital, Apple stanęło przed brutalnym wyborem: albo czytnik linii papilarnych, albo większe ogniwo i nowe czujniki zdrowotne.
Dodanie modułu Touch ID oraz obwodów niezbędnych do przetwarzania biometrii wymusiłoby drastyczne zmniejszenie baterii. Na taki kompromis firma nie mogła sobie pozwolić w czasie, gdy użytkownicy wciąż domagają się dłuższego czasu pracy bez ładowarki.
To nie jest tak, że Apple nigdy o tym nie myślało. Wręcz przeciwnie – historia patentów sięga 2020 roku, kiedy to rozważano umieszczenie czytnika w koronce Digital Crown, a nawet egzotyczne mapowanie żył nadgarstka. Co więcej, serwis Macworld odkrył w kodzie wewnętrznych systemów z sierpnia 2025 roku zapisy sugerujące, że technologia ta była realnie testowana w prototypach Series 12 i Ultra 4.
Ostatecznie jednak, według źródeł, testy laboratoryjne przegrały z fizyką i rosnącymi kosztami produkcji komponentów.

Apple Watch nie potrzebuje Touch ID. Zegarek ma skupić się na zdrowiu
Strategia Apple na najbliższe lata wydaje się jasna. Zegarek ma być przede wszystkim potężnym narzędziem medycznym. Zamiast Touch ID, firma woli przeznaczyć cenne milimetry kwadratowe na technologię nieinwazyjnego monitorowania poziomu glukozy we krwi, która ma szansę zadebiutować około 2028 roku.
Koszty również odegrały swoją rolę. Przy obecnych marżach i drożejących podzespołach, takich jak moduły pamięci, dorzucanie kolejnego czujnika nie miało ekonomicznego uzasadnienia. Szczególnie że obecny system odblokowywania uważa się za wystarczająco wygodny. Zegarek prosi o kod tylko raz, zaraz po założeniu na rękę, a potem pozostaje aktywny dzięki czujnikom kontaktu ze skórą. W razie potrzeby użytkownicy zawsze mogą go też odblokować za pomocą biometrii w swoim iPhonie.
Modele planowane na 2026 rok prawdopodobnie nie przyniosą większych zmian wizualnych. Apple wyklucza znaczące powiększenie koperty czy ekranu, bo urządzenie musi pozostać wygodne podczas noszenia przez całą dobę, także w trakcie snu. Większy restart projektu spodziewany jest dopiero za dwa lata.
Źródło: AppleInsider, 9to5Mac / Zdj. otwierające: Unsplash (@sammysays___)