Ten trend niszczy smartfony. W lodówce trzyma się napoje, nie iPhone’y

Paweł BliźniukSkomentuj
Ten trend niszczy smartfony. W lodówce trzyma się napoje, nie iPhone’y

Smartfon nagrzał się tak bardzo, że parzy w dłonie, a ty zastanawiasz się nad wrzuceniem go na parę minut do zamrażarki? Choć na TikToku to popularny sposób na szybkie schłodzenie sprzętu, w rzeczywistości to najkrótsza droga do zniszczenia baterii i płyty głównej.



Efekt puszki z zimnym napojem. Fizyka, której TikTok Ci nie wytłumaczył

Zalewający media społecznościowe trend traktowania chłodziarki jako stacji ratunkowej dla smartfona brzmi logicznie tylko na pierwszy rzut oka. Masz gorący telefon, masz pod ręką lodówkę – połączenie kropek wydaje się wręcz intuicyjne. Sęk w tym, że największym wrogiem nagrzanej elektroniki wcale nie jest sama niska temperatura, ale fizyka i wilgoć.

Przypomnij sobie, co dzieje się, gdy w upalny dzień wyciągasz z lodówki zimną puszkę ulubionego napoju. Po kilkunastu sekundach jej powierzchnia pokrywa się gęstą rosą. Dokładnie ten sam proces – nazywany skraplaniem pary wodnej lub kondensacją – zachodzi wewnątrz Twojego telefonu, gdy wrzucasz rozgrzaną obudowę do zimnego otoczenia. Smartfony są wprawdzie reklamowane jako wodoodporne, ale norma IP dotyczy przecież wody napierającej z zewnątrz. W środku obudowy wciąż znajduje się zamknięte powietrze o konkretnej wilgotności.



Gdy fundujesz urządzeniu nagły szok termiczny, para wodna uwięziona w obudowie skrapla się bezpośrednio na czułych płytkach drukowanych, procesorze i złączach. To może się skończyć natychmiastowymi mikro-zwarciami albo cichą, postępującą korozją, która wykończy podzespoły za kilka tygodni. Żeby było zabawniej, fabryczna ochrona przed wodą maleje wraz z jego wiekiem. Uszczelki parcieją, a obudowa pracuje pod wpływem upadków.

Bateria tego zwyczajnie nie wytrzyma

Trzymanie telefonu w mroźnym otoczeniu wywołuje wewnątrz materiałów potężne naprężenia termiczne. Fachowo nazywa się to współczynnikiem delta-T. Skrajna różnica temperatur sprawia, że elementy kurczą się i rozszerzają w gwałtownym tempie, co potrafi rozszczelnić wewnętrzne struktury układów. Najbardziej obrywa jednak żywotność ogniwa litowo-jonowego, dla którego takie eksperymenty to prosta droga na śmietnik.

Serwisy naprawcze od dawna odnotowują wyraźny wzrost liczby klientów przychodzących z tzw. „puchnącymi” bateriami. Okazuje się, że znaczna część z nich to właśnie fani szybkiego schładzania elektroniki między mrożonkami. Nagłe zmiany temperatury połączone z wilgocią trwale degradują chemię ogniwa. Ponadto w skrajnych, mniej przyjemnych przypadkach mogą doprowadzić do zapalenia się baterii lub wręcz jej wybuchu. Uszkodzenia tego typu mają charakter kumulatywny. Telefon może nie paść od razu, ale po kilku takich akcjach wytrzymałość akumulatora drastycznie spadnie, a sam smartfon zacznie się wyłączać w losowych momentach.

Jeśli na ekranie pojawi się ostrzeżenie o wysokiej temperaturze, najważniejsza jest szybka reakcja, ale bez paniki. Pierwszy krok to natychmiastowe odłączenie ładowarki. Ładowanie generuje ogromne ilości ciepła i kontynuowanie go w rozgrzanym telefonie to najprostsza droga do zniszczenia ogniw.

Zdejmij z telefonu wszelkie etui. Plastikowe czy silikonowe pokrowce działają jak zimowa kurtka – zatrzymują całe ciepło w środku. Następnie odłóż urządzenie w zacienione, przewiewne miejsce na twardej powierzchni (na przykład na kafelki lub drewniany stół, omijając łóżka i kanapy). Daj mu spokojnie wrócić do normy. Najlepiej też wyłączyć na jakiś czas wymagające aplikacje, gry czy moduł GPS.


reklama


Źródło: AppleInsider / Zdj. otwierające: Apple, Canva

Paweł BliźniukLinuksiarz, który lubi grzebać w sprzęcie i pisać o szeroko pojętej technologii. Uwielbia wszystko, co zawiera płytki PCB. Wielbiciel retro‑konsolek i ThinkPad'ów. Uzależniony od muzyki i gier roguelike. Wolne chwile poświęca na bieganie. Artykuły zaczął pisać jeszcze przed erą AI.