Brave Origin to nowa wersja coraz popularniejszej przeglądarki. Twórcy obiecują brak rozpraszaczy i zbędnych funkcji, które potrafią zużywać mnóstwo zasobów. Haczyk jest jednak taki, że za usługę trzeba słono zapłacić – ale może warto?
Brave Origin to płatna przeglądarka, która ma być lekarstwem na całe internetowe zło
Poszukujecie usługi służącej wyłącznie do przeglądania internetu i pozbawionej zbędnych rozwiązań. Tutaj z pomocą przychodzi Brave Origin, program pozbawiony funkcji powiązanych z kryptowalutami czy sztuczną inteligencją. Nie znajdziecie też żadnych opcji nastawionych na monetyzację (m.in. nagrody i gromadzone punkty). Liczy się wyłącznie prywatność, bezpieczeństw oraz bezstresowe odwiedzanie ulubionych stron internetowych.

Mowa tak naprawdę o podstawowej przeglądarce Brave, ale z okrojoną zawartości:
- Brave Rewards
- Brave Wallet
- Brave VPN
- Brave Leo AI
- Brave News
- Brave Talk
- sponsorowane grafiki
Jedyną pozostałością będzie Brave Shields, wbudowana ochrona zwiększająca prywatność i blokująca reklamy czy elementy śledzące. Dostęp do przeglądarki możecie wykupić w formie jednorazowej i dożywotniej licencji za 59,99 dolarów (około 220 złotych). Co jednak najdziwniejsze, osoby korzystające z systemu Linux zyskają usługę całkowicie za darmo.
Nie brzmi to wszystko najlepiej, gdyż tak naprawdę mówimy o dostępie do identycznej przeglądarki z mniejszą liczbą funkcji. Brave Origin to zatem dziwny sposób na wsparcie twórców i zapewnienie środków na dalszy rozwój usług. Równie dobrze mógłby pojawić się update pozwalający usunąć poszczególne komponenty lub je wyłączyć.
Płacenie kilkuset złotych za okrojoną przeglądarkę brzmi jak nieśmieszny żart i uwagę na to zwracają praktycznie wszyscy użytkownicy – zarówno na platformie Reddit jak i innych miejscach. Co sądzicie?
Źródło tekstu: Brave / Zdjęcie otwierające: Brave, unsplash.com (@magicpattern)