Koniec ze zgadywaniem limitów przed kamerami. Drogowcy w końcu wprowadzają na autostradach i drogach ekspresowych oznakowanie, które od razu wskaże dopuszczalną prędkość na odcinkowym pomiarze. To banalnie proste rozwiązanie, które dla większości zmotoryzowanych powinno być absolutnym standardem od pierwszego dnia działania systemu.
Koniec z panicznym hamowaniem przed kamerami. Nowy znak na polskich drogach
Kierowcy bardzo często tracą orientację, gdy wjeżdżają w strefę automatycznej kontroli średniej prędkości na drogach szybkiego ruchu. Widząc żółte kamery, zapominają, czy na danym odcinku obowiązuje akurat limit 120, czy może 140 km/h. Jak zauważa wiceminister infrastruktury Stanisław Bukowiec, prowadzi to do nieracjonalnych i niebezpiecznych zachowań na drodze. Kierujący ze strachu gwałtownie wciskają hamulec w podłogę albo asekuracyjnie wloką się ze znacznie niższą prędkością niż dopuszczalna. Zmiana w oznakowaniu ma ukrócić ten drogowy chaos.
Rozwiązanie problemu okazało się zaskakująco proste i aż trudno uwierzyć, że nie zostało wprowadzone od początku oznakowań OPP. Wystarczy po prostu poinformować kierowcę, jak szybko może legalnie jechać. 11 września br., Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego przyjęła uchwałę o rozpoczęciu projektu badawczego nowego wzoru znaku D-51a. W jego lewym dolnym rogu pojawi się klasyczne odwzorowanie znaku B-33 (ograniczenie prędkości) z konkretną wartością w km/h. To bezpośrednia odpowiedź na liczne postulaty kierowane do Ministerstwa Infrastruktury, które od dawna punktowały tę drogową absurdalność.

Testy potrwają do 2028 roku
Wydawać by się mogło, że dołożenie informacji o prędkości na istniejącym znaku to zwykła formalność i czysta logika, ale państwowe instytucje podchodzą do tematu z niezwykłym naukowym namaszczeniem. Projekt będzie realizowany przez GDDKiA w ścisłej współpracy z całą plejadą instytucji: od Komendy Głównej Policji, przez Inspekcję Transportu Drogowego, aż po Instytut Badawczy Dróg i Mostów oraz Instytut Transportu Samochodowego.
Ten pokaźny zespół będzie wnikliwie porównywał zachowania kierowców przed i po ustawieniu nowych znaków. Badacze wezmą pod lupę m.in. liczbę gwałtownych hamowań, skalę zmian prędkości i przyczyny zdarzeń drogowych. Testy potrwają do 2028 roku. Pozostaje więc uzbroić się w cierpliwość i trzymać kciuki, aby po dwóch latach wytężonych badań eksperci ostatecznie potwierdzili to, co kierowcy wiedzieli od zawsze. Informowanie o obowiązującym prawie na drodze faktycznie pomaga w jego przestrzeganiu.
Źródło tekstu i zdjęcia otwierającego: Ministerstwo Infrastruktury, KPRM, CANARD