Nowy elektryk, którym nie da się jeździć. Tak kończy się zależność od oprogramowania

⁨Sylwia Tokarz⁩Skomentuj
Nowy elektryk, którym nie da się jeździć. Tak kończy się zależność od oprogramowania

Właściciel przekonał się na własnej skórze, że nowoczesny samochód elektryczny to czasem bardziej komputer niż auto. Jego SUV od niemal roku stoi pod domem – bateria jest pełna, silnik sprawny, ale nie da się go uruchomić. Winna jest cyfrowa subskrypcja, którą firma Fisker Inc. zakończyła po ogłoszeniu bankructwa w czerwcu 2024 roku. Brak połączenia z serwerami producenta sprawił, że samochód przestał funkcjonować, mimo że wszystkie podzespoły mechaniczne są w pełni sprawne.



Fisker Ocean – ambitny, ale nieudany projekt

Fisker Ocean miał być elektryczną alternatywą dla popularnych SUV-ów, z zaawansowaną elektroniką i systemami online. Produkowano go w austriackich zakładach Magna Steyr, a cena nowego egzemplarza wynosiła ponad 60 tysięcy funtów (około 290 tysięcy złotych). Jednak firma nigdy nie osiągnęła zakładanych wyników. Wyprodukowano zaledwie 6 z 40 tysięcy zamówionych samochodów. Po stracie 463 mln dolarów w 2023 roku oraz problemach z finansowaniem, w maju 2024 ograniczono gwarancję i assistance, a w czerwcu 2024 Fisker ogłosił upadłość, wycofując się z giełdy w Nowym Jorku.

Cyfrowa blokada zamiast awarii – auto działa, ale nim nie pojedziesz

Problem właściciela Ocean nie wynika z mechaniki, ale z nowoczesnej architektury auta. Systemy sterujące silnikiem, baterią, modułami komfortu i bezpieczeństwa ADAS były powiązane z infrastrukturą online. Każda aktualizacja, reset systemu czy wymiana modułu wymagała autoryzacji po stronie serwerów Fiskera. Gdy firma splajtowała, certyfikaty cyfrowe wygasły, a subskrypcji nie dało się odnowić. Samochód stał się w praktyce bezużyteczny – fizycznie sprawny, ale cyfrowo zablokowany.



Sprawa odbiła się szeroko w mediach, jedna podobna sytuacja może dotyczyć też hybryd i nowoczesnych aut spalinowych. Współczesne pojazdy to sieć sterowników, które wymagają synchronizacji z systemami producenta. Wymiana jednostki sterującej, aktualizacja oprogramowania czy reset modułów często wymaga kontaktu z serwerem. Brak cyfrowego wsparcia może unieruchomić auto. To nowy rodzaj ryzyka, którego jeszcze kilka lat temu kierowcy nie musieli się obawiać.

Co więcej, nie jest jedyny przypadek tego typu w historii branży. Już w 2013 roku upadek izraelsko-duńskiego Better Place pozostawił tysiące EV bez dostępu do stacji wymiany baterii i systemów zarządzania pojazdami, pokazując, że zależność od oprogramowania może całkowicie unieruchomić pojazdy.

No dobrze, ale co można teraz zrobić?

Nie wiadomo, ile osób jest na ten moment w podobnej sytuacji. Część poszkodowanych stara się skorzystać z pomocy stowarzyszeń różnego rodzaju np. Fisker Owners Association, które udostępniają części zamienne, narzędzia diagnostyczne i archiwalne oprogramowanie. Nie jest to jednak proste ani tanie. Cyfrowe blokady wymagają często niestandardowych działań, aby samochód znowu mógł ruszyć.

Upadłość Fiskera to przypadek ekstremalny. Jednak do kłopotów z cyfrowym zapleczem nie trzeba aż tak dramatycznych scenariuszy. Wystarczy, że marka wycofa się z danego regionu, zamknie serwisy obsługi lub porzuci konkretną platformę informatyczną. Na europejskim rynku pojawia się dziś wiele nowych producentów aut np. z Chin. Jeśli któryś uzna, że sprzedaż nie przynosi oczekiwanych zysków i wycofa się z Europy, pojawia się pytanie, kto zajmie się utrzymaniem systemów online i procedur autoryzacyjnych.

Przemysł motoryzacyjny chce się na takie sytuacje przygotować. Z tą myślą powstał europejski projekt Catena-X – konsorcjum producentów, dostawców i firm software’owych, które tworzy wspólną infrastrukturę danych i standardy wymiany modułów oprogramowania.


Źródło: Techspot, Computer Hoy / Zdjęcie otwierające: Alexander‑93, Wikimedia Commons, licencja CC BY‑SA 4.0

⁨Sylwia Tokarz⁩Z wykształcenia geolog złożowy, ale zawodowo zajmuje się szeroko pojętym pisaniem. Miłośniczka podróży, szczególnie upodobała sobie słoneczną Italię.