CUPRA E-Racer dysponował mocą 680 KM, momentem obrotowym 960 Nm i przyspieszał do 100 km/h w zaledwie 3,2 sekundy. Nie wydawał przy tym charakterystycznego dla wyścigówek ryku. Choć nigdy nie trafił do seryjnej produkcji, pomógł wyznaczyć kierunek rozwoju elektrycznych modeli hiszpańskiej marki.
Wyścigowa bestia, której prawie nie było słychać
CUPRA E-Racer był pierwszym na świecie całkowicie elektrycznym samochodem wyścigowym klasy touring car. Zamiast hałaśliwej jednostki spalinowej wykorzystywał napęd zapewniający natychmiastowy dostęp do pełnego momentu obrotowego. Efekt to 680 KM mocy, 960 Nm momentu obrotowego i sprint od 0 do 100 km/h trwający mniej więcej 3,2 sekundy.

E-Racer pokazywał, że elektryczny samochód może dostarczać ogromnych emocji, nawet jeśli zamiast ryku silnika kierowca słyszy głównie pracę opon i opływające nadwozie powietrze. Jego przejazdy na torze w Barcelonie w 2019 roku wzbudził niemałe zainteresowanie.
Ponad 20 tysięcy godzin pracy
Opracowanie prototypu pochłonęło ponad 20 tysięcy godzin. Jednym z największych wyzwań było umieszczenie akumulatora o pojemności 65 kWh w wyścigowym nadwoziu oraz utrzymanie odpowiedniej temperatury całego układu.

Inżynierowie musieli pogodzić wysoką moc z dużą masą baterii i ograniczonymi możliwościami chłodzenia. Właśnie te doświadczenia miały później pomóc marce w pracach nad seryjnymi samochodami elektrycznymi.
CUPRA E-Racer do salonów nie trafił, ale swoje zrobił
CUPRA E-Racer pozostał projektem wyścigowym, jednak jego wpływ widać w kolejnych elektrycznych modelach producenta. Drogę rozpoczętą przez prototyp kontynuowały w jakimś stopniu CUPRA Born i Tavascan, a następny etap stanowi najnowszy miejski Raval.
E-Racer udowodnił przy okazji to, czego dowodzą kolejne elektryczne supersamochody. Że samochód sportowy nie musi być głośny, aby robić wrażenie. Czasami wystarczy po prostu 680 KM i 3,2 sekundy do setki, bez całej „tradycyjnej” otoczki.
Źródło: CUPRA