Era irytujących influencerów nie przeminęła, na co doskonałym przykładem jest twórca o pseudonimie Streichbruder. Chodzący z wielkim głośnikiem i odtwarzający głośną muzykę youtuber został szybko „wyjaśniony” w Polsce.
Streichbruder tym razem irytował ludzi w Polsce
Streichbruder to niemiecki influencer i twórca krótkich filmów, który zdobył rozpoznawalność dzięki nagraniom z miejsc publicznych. Jego znakiem rozpoznawczym jest chodzenie z głośno grającym przenośnym głośnikiem, prowokowanie reakcji przypadkowych osób i wykonywanie efektownych salt w tył. Format jego materiałów balansuje między ulicznym performansem, prankiem i internetowym popisem sprawności, ale bywa też krytykowany za nachalność oraz zakłócanie spokoju w przestrzeni publicznej.
Streichbruder pojawił się w Polsce, a konkretnie w Warszawie, skąd wrzucił już materiał wideo na swoim kanale. W sieci furorę robi nie tyle film z jego popisami, co reakcja pewnego Polaka na głośne odtwarzanie muzyki w warszawskim metrze. Młody Polak nie wahał się ani chwili i zareagował w sposób, który wielu internautów uznało za jedyny skuteczny. „Wyłącz to!” – powiedział dwukrotnie, a gdy influencer nie reagował, postanowił zadziałać.
Czy za taki film grozi mandat?
Sprawa nie jest wyłącznie internetową dramą. Na zachowanie twórcy zwrócił uwagę m.in. Marcin Kruszewski, znany jako Prawo Marcina, przypominając, że w Polsce zakłócanie porządku publicznego hałasem może skończyć się mandatem. W podobnych komentarzach pojawia się kwota od 100 do 500 złotych. Oczywiście samo nagrywanie filmów w przestrzeni publicznej nie jest automatycznie problemem, ale głośne odtwarzanie muzyki w metrze i wymuszanie reakcji przypadkowych pasażerów to już zupełnie inna kategoria… „rozrywki”.
Historia Streichbrudera dobrze pokazuje, że w Polsce cierpliwość do tego typu internetowych performansów bywa wyjątkowo krótka. Podobnie było w przypadku Crawly’ego, czyli patostreamera kojarzonego z zaczepianiem ludzi w przestrzeni publicznej, którego działalność szybko spotkała się nad Wisłą z ostrą reakcją internautów, służb i opinii publicznej. Polacy może i lubią absurdalny humor, ale znacznie gorzej znoszą sytuacje, w których ktoś robi sobie „content” kosztem przypadkowych przechodniów, pasażerów czy pracowników. Streichbruder przekonał się o tym w warszawskim metrze bardzo szybko. W naszym kraj nas granica pomiędzy żartem a zwykłym uprzykrzaniem życia potrafi zostać wyznaczona jednym ruchem ręki.
Źródło: Streichbruder via Prawo Marcina