W czwartek nad ranem telefony mieszkańców wschodniej Polski rozbrzmiały z niespotykaną dotąd stanowczością. Rządowe Centrum Bezpieczeństwa po raz pierwszy wysłało ostrzeżenie przed atakiem rakietowym za naszą wschodnią granicą, a następnie – co dla wielu było jeszcze większym szokiem – oficjalnie je odwołało. Szef MSWiA zapewnia, że rząd wyciąga wnioski z dotychczasowych wpadek. I choć widać pewne światełko w tunelu zarządzania kryzysowego, do proceduralnego ideału wciąż nam daleko.
Zamiast standardowych już ostrzeżeń przed silnym wiatrem czy burzami, w czwartek po godzinie 4:00 rano mieszkańcy województw lubelskiego i podkarpackiego otrzymali komunikat o zupełnie innym ciężarze gatunkowym. Rządowe Centrum Bezpieczeństwa (RCB) postawiło na bezpośredniość.
„UWAGA! NA OBSZARZE ZACHODNIEJ UKRAINY TRWA ZMASOWANY ATAK POWIETRZNY. ŚLEDŹ KOMUNIKATY” – brzmiał komunikat.
Około godziny później, gdy Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych upewniło się, że rosyjskie rakiety nie zbłądziły, na telefony spłynęła wiadomość odwołująca alarm i potwierdzająca brak zagrożenia dla Polski. Kto by pomyślał, że państwowe procedury mogą zadziałać w tak logicznej pętli – od ostrzeżenia do uspokojenia obywateli?
Dla polskiego systemu zarządzania kryzysowego to nowość. Zmiana podejścia to bezpośredni skutek ostatnich potknięć w komunikacji na linii wojsko-państwo-obywatel.
Nauka na błędach. Alert RCB zaczyna spełniać swoją funkcję
Marcin Kierwiński, szef MSWiA, nie ukrywa, że czwartkowe alerty to efekt wdrożenia nowych zasad. – Zdecydowaliśmy po ostatnich doświadczeniach, że wtedy, gdy podrywane przez wojsko są nasze myśliwce, aby patrolować przestrzeń powietrzną, będziemy wysyłać SMS-a – przyznał na antenie TOK FM.
Minister odniósł się również do incydentu z 30 lipca, gdy rakieta naruszyła polską przestrzeń, a alert RCB zadziałał z opóźnieniem. Okazuje się, że obieg informacji nadal opiera się na czynniku ludzkim, który potrzebuje czasu na reakcję. Szef MSWiA przekonuje, że system jest „lepszy niż 3 lata temu”, ale przyznaje, że informacja od wojska trafia najpierw do urzędników. Dopiero później ktoś naciska przysłowiowy guzik uruchamiający syreny.
Wiceminister cyfryzacji, Dariusz Standerski, słusznie zresztą zauważa, że treść komunikatów wciąż wymaga dopracowania. Tak, aby pierwsze wiadomości alarmowały, a drugie informowały, bez niepotrzebnego siania paniki.
Obietnice na koniec roku. Koniec z urzędniczym głuchym telefonem?
To, że państwo zaczęło na bieżąco informować obywateli o zagrożeniu zza wschodniej granicy, to spory krok naprzód. Aby jednak system przestał przypominać posklejaną taśmą maszynę, MSWiA zapowiada do końca roku rewolucję technologiczną i organizacyjną. Przede wszystkim planowane jest przesunięcie decyzyjności w zarządzaniu kryzysowym. Zamiast polegać na samorządach powiatowych, obowiązki te mają zostać przekazane bezpośrednio Państwowej Straży Pożarnej, która jako jedyna dysponuje w pełni sprawnym i, co najważniejsze, całodobowym dyżurem. Ten krok ma iść w parze z automatyzacją syren alarmowych. Resort chce skończyć z sytuacjami, w których uruchomienie alarmu jest uzależnione od tego, czy urzędnik na czas odbierze telefon. Docelowo system ma działać automatycznie, a sygnał będzie inicjowany bezpośrednio z poziomu komend wojewódzkich, Komendy Głównej PSP lub samego Rządowego Centrum Bezpieczeństwa.
Zmiany mają objąć nie tylko infrastrukturę publiczną, ale też nasze prywatne urządzenia. Zgodnie z zapowiedziami, każdy obywatel zyska niebawem możliwość pobrania dedykowanej aplikacji ostrzegającej o lokalnych zagrożeniach. Równolegle trwają prace nad wdrożeniem systemu Cell Broadcast. To technologia, która pozwoli sieci operatorów komórkowych wymusić komunikaty na naszych smartfonach, zamieniając je w bezpośrednie, osobiste syreny alarmowe.
Czwartkowe działania pokazują, że polskie procedury powoli budzą się z letargu. Pytanie tylko, czy zapowiadane do końca roku modernizacje zdążą wyprzedzić kolejne zmieniające tor zagrożenia.
Źródło tekstu: gov.pl, TOK FM, PAP / Zdjęcie otwierające: RCB, Wojsko Polskie