W świecie cyfrowej reklamy trwa właśnie paniczny wyścig zbrojeń. Głównym polem bitwy staje się Europa. Google oficjalnie ogłosiło, że od sierpnia 2026 roku zacznie używać adresów IP do śledzenia i personalizacji reklam w krajach EOG oraz Wielkiej Brytanii. Na pozór nie ma w tym nic dziwnego – w końcu z tego żyje ten gigant. Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Jeszcze kilka lat temu inżynierowie Google publicznie nazywali tę samą metodę „złą” i całkowicie nieakceptowalną. Dziś te zasady lądują w koszu. Co się zmieniło?
Dlaczego Google panikuje? Kulisy wielkiej wojny o ciasteczka
Aby zrozumieć ten ruch, trzeba spojrzeć na szerszy obraz. Tradycyjne pliki cookies (ciasteczka), które przez dekady pozwalały korporacjom patrzeć nam przez ramię, przestają gigantom wystarczać. Dodatkowo agresywna polityka prywatności Apple, w tym blokowanie śledzenia w aplikacjach oraz maskowanie IP w usłudze iCloud, odcięła Google od potężnych strumieni danych o użytkownikach smartfonów.
W świecie, w którym coraz częściej klikamy „nie wyrażam zgody”, Google traci możliwość precyzyjnego targetowania reklam. A to oznacza miliardowe straty. Adres IP stał się więc dla nich ostatnią deską ratunku. Wykorzystanie go do tzw. fingerprintingu (tworzenia unikalnego profilu urządzenia, którego nie da się łatwo wyczyścić z przeglądarki) to brutalna próba utrzymania reklamowego monopolu.
Jest jednak jeden problem: w Europie adres IP to dane osobowe cronione przez RODO. Google doskonale wie, że samodzielne zbieranie tych danych bez jasnej zgody skończyłoby się gigantyczną karą.

Koncern wymyślił więc sprytny mechanizm obronny i przerzucił całą odpowiedzialność prawną na właścicieli stron internetowych. W oficjalnych komunikatach Google informuje biznes wprost – to wydawcy mają obowiązek wyciągnąć od internautów zgodę na przetwarzanie IP. Jeśli prowadzisz mały sklep internetowy, bloga czy portal i korzystasz z narzędzi Google, całe ryzyko ląduje na Twoich barkach. Jeśli urzędy ochrony danych uznają to śledzenie za nielegalne, to właściciel strony, a nie technologiczny gigant, będzie musiał się gęsto tłumaczyć.
Nowy plan Google na reklamy. Jak nie dać się śledzić?
Ruch Google to otwarte rzucenie rękawicy regulatorom. Koncern wprowadza śledzenie po adresach IP w momencie, gdy brytyjskie ICO zaledwie miesiąc temu rekomendowało zaostrzenie przepisów i bezwzględny nakaz pytania o zgodę przy profilowaniu użytkowników między serwisami. Co najbardziej bezczelne, Google zacznie używać IP do personalizacji reklam już 3 sierpnia, ale oficjalne narzędzia do zarządzania tą prywatnością odda w ręce użytkowników dopiero pod koniec roku.
Na szczęście nie jesteśmy bezradni. W odpowiedzi na takie praktyki użytkownicy coraz częściej wybierają niszowe przeglądarki stawiające na prywatność (np. DuckDuckGo) oraz zaawansowane narzędzia maskujące. Aby realnie odciąć Google od swojego adresu IP standardowe czyszczenie pamięci podręcznej czy ciasteczek już nie wystarczy. Koniecznością staje się stałe korzystanie z systemowych rozwiązań maskujących ruch.
Źródło tekstu: Bleeping Computer / Zdjęcie otwierające: unsplash (@mitchel3uo)
