Xiaomi zaprezentowało sprzęt, w którym producent dla odmiany skoncentrował się na tym, aby powerbank był przede wszystkim wygodny i nie wadził w codziennym użytkowaniu. Najnowszy Xiaomi UltraThin Magnetic Power Bank o pojemności 10 000 mAh wygląda na sprzęt, przy którym inżynierowie wykonali po prostu dobrą robotę. Nie zaserwowali nam kolejnej grubej cegły rozpychającej kieszenie – urządzenie ma zaledwie 13,2 mm grubości i waży równe 195 gramów.
To o 9 gramów mniej niż iPhone 17 Pro. Wspominam o tym nieprzypadkowo, bo ten gadżet, oprócz smartfonów Xiaomi, powstał z myślą o pełnej kompatybilności ze sprzętem Apple.
Sekret sukcesu Xiaomi. Powerbank nie musi ważyć tyle co cegła
Chińczycy osiągnęli tę wagę piórkową dzięki przesiadce na baterie krzemowo-węglowe GSR, w których upchnięto 16% krzemu. To dokładnie ta sama technologia zagęszczania energii, którą producenci chwalą się dzisiaj w swoich najdroższych flagowcach. W praktyce oznacza to, że powerbank gabarytowo przypomina dawne, mało pojemne modele 5000 mAh, ale oferuje od nich dwukrotnie więcej energii.
Jak nowy powerbank Xiaomi wypada w swoich podstawowych zadaniach? Urządzenie oferuje solidne 45 W mocy po kablu USB-C. Taka wartość bez problemu wystarczy, by sprawnie postawić na nogi rozładowany smartfon. W awaryjnej sytuacji podtrzyma przy życiu nawet mniejszego ultrabooka. Co ważne, samo ogniwo też nie napełnia się przez pół dnia, ponieważ z gniazdka sieciowego przyjmuje sensowne 30 W.

Z tyłu obudowy znajdziemy silne magnesy kompatybilne z systemem MagSafe. Bezprzewodowo wyciśniesz z niego maksymalnie 20 W, co jak na standardy indukcyjne jest wynikiem przyzwoitym. Pamiętajcie jednak o fizyce – bezprzewodowe przesyłanie energii to festiwal marnotrawstwa, gdzie sprawność cewek rzadko przekracza 80%. Reszta ucieka w powietrze jako czyste ciepło. Żaden powerbank nie wtłoczy do telefonu tyle mAh, ile ma na papierze.
Nad tym, żeby całość nie zmieniła się w kieszonkowy grzejnik, czuwa system chłodzenia oparty na grafenie i silikonie termoprzewodzącym. Ogniwa przeszły nawet testy przebijania igłą.
Chińska cena kusi, ale poczekajmy na europejskie podatki
Urządzenie zadebiutowało na chińskim rynku w przeliczeniu za około 54 USD (~200 PLN), co przy tych parametrach brzmi jak uczciwy układ. Sprzęt pozwala na jednoczesne ładowanie dwóch urządzeń – jednego przewodowo, drugiego na magnetycznych plecach. Obsługuje przy tym popularne standardy, w tym Power Delivery 3.0 oraz Quick Charge 3.0.

Miłym, choć typowo geekowskim bonusem jest możliwość podpięcia go do komputera, żeby sprawdzić szczegółowe logi, kondycję ogniw czy ewentualne anomalie w pracy kontrolera.
Poprzednia, mniejsza wersja tego akcesorium ostatecznie trafiła do globalnej sprzedaży, więc możemy zakładać, że nowy model również wyląduje w polskich sklepach. Kiedy to nastąpi, cena z pewnością podskoczy o podatki i marże dystrybutorów.
Źródło: Gizmochina / Zdj. otwierające: Xiaomi