„Prezentacja” – powiedział prawie bezgłośnie.
„No co z nią?”
„Była. I już jej nie mam. Jakieś wirusy. Nie mogę nawet odpalić systemu.” – odchylił się na krześle i teatralnie huknął czołem o blat stołu.
„Jak to była? Jak to nie ma – spytałam, podnosząc głos – „Za trzy godziny musimy jechać i przedstawić ten projekt. Miałeś na to całe dwa tygodnie.”
„I dobrze wykorzystałem ten czas” – wzruszył ramionami. Pomimo całej litości, którą wzbudził we mnie jego stan, czułam, że zbiera we mnie złość.
„A nie myślałeś wcześniej o tym, żeby zrobić jakiś backup?” – Kiwnął głową, że tak, owszem, pomyślał, ale tego nie zrobił. Poleżał na biurku, pojęczał.. i ulotnił się, niby szukać pomocy. Standardowe męskie podejście. Kiedy pojawia się sytuacja kryzysowa, to oczywiście kobieta musi działać.
Przez następne pół godziny obdzwoniłam wszystkich specjalistów i znajomych. W serwisie komputerowym na gwarancji zaoferowali mi nawet wymianę dysku. Kiedy poinformowałam, że raczej chodzi mi o zawartość tego dysku, uznali, że za dodatkową opłatą odzyskają dane, a potem wszystko szybciutko sformatują – wystarczą 2 dni. Aaaaaaa!!!! Gdyby nie poważny brak czasu, na pierwszym miejscu dzwoniłabym od razu do psychiatry. Niniejsza historia skończyłaby się bardzo źle, gdyby nie kuriozalny zbieg okoliczności. Kiedy biegałam po biurze szukając pomocy, w desperacji poprosiłam o pomoc pracownika napełniającego automaty z batonikami. Ten zupełnie spokojnie odparł: „Oj tam, oj tam…” – no tak, dla niego to „oj tam, oj tam” a dla mnie to sprawa życia i śmierci – oczy napełniły mi się łzami.
Spojrzał na mnie dłużej i zupełnie spokojnie powiedział, że zaraz to naprawi tylko pójdzie do samochodu po swój niezawodny sprzęt. Mimo niedorzeczności tej sytuacji zobaczyłam światełko w tunelu. Nie za bardzo wiedziałam co robię ale otworzyłam oba skrzydła drzwi wejściowych w oczekiwaniu na przyjęcie do biura prawdziwego wielofunkcyjnego kombajnu.
Mój zbawiciel wrócił niosąc pendrive… a mi ręce opadły prawie do ziemi. Zauważył to i z szelmowskim uśmiechem stwierdził, że rozmiar się nie liczy, a to malutkie cudeńko potrafi bardzo dużo! Wygląda jak zwykły pendrive, a potrafi postawić system na nogi, dodatkowo przeskanuje, odwirusuje i zgra dane na osobną partycję. Włożyłam pendrive do portu USB i… hmm… coś się zadziało. Pojawiło się okienko z wieloma opcjami, a pośród nich także „napraw system”. Przyznam, że poczułam się jak doktor Frankenstein, ożywiający potwora. System się uruchomił. Skopiowałam prezentację. Zapuściłam odwirusowanie…
Kiedy Krzyś dowiedział się, że rozwiązałam problem zmienił się w figurę woskową rodem z muzeum Madame Tussauds. Po chwili wrócił do siebie i poszliśmy przedstawić prezentację – poszła bez zarzutu.
Powiem wam tyle: powinno się wprowadzić nakaz posiadania takich urządzeń dla każdego użytkownika komputera! ArcaVir RescueDrive (bo tak się to nazywa) jest teraz dla mnie tym, czym apteczka pierwszej pomocy albo gaśnica w samochodzie – korzysta się dosyć rzadko, ale może uratować życie. Mi uratował.
I jeszcze jedno. Odzyskanie prezentacji z kompa przypisano mojej wiedzy, bo nikomu nie powiedziałam o facecie od batoników, ani o specjalnym narzędziu. Od tamtej pory za każdym razem, kiedy ktoś ma pytanie dotyczące komputera, przychodzi do mnie. Dzisiaj przybiegł szef, żebym pomogła mu zainstalować sterowniki do nowej karty graficznej. Czy ktoś z was wie jak to zrobić? Pomocy!
P.S. Więcej o ArcaVir RescueDrive avrd.arcavir.pl