Zakaz geoblokowania oznacza tylko tyle, że sprzedawcy z państw UE (np. Niemiec, Holandii, Hiszpanii) nie będą mogli odmówić wysyłki towaru sprzedawanego w sieci (np. poprzez Amazon, eBay) do innego kraju członkowskiego (np. Polski). Do tej pory było to dość częste – w 2015 roku sytuacja taka spotykana była w 63% sklepów internetowych. Ustawodawcy zdecydowali, że kłóci się to z ideą wspólnego rynku cyfrowego.
Nowe prawo nie dopuszcza również sytuacji, w której klienci z innych krajów mieliby otrzymywać towar w zawyżonej cenie – te muszą być jednakowe dla każdego użytkownika. Poza tym sprzedawca musi akceptować karty płatnicze wydane w innym kraju. Ponadto klient nie może być automatycznie przekierowywany na inną stronę sklepu – chyba, że wyrazi na to zgodę.
Niestety prawo to nie obejmuje towarów, które często są ofiarą geoblokowania – towarów i usług w formie cyfrowej. Oznacza to, że nadal nie będziemy mogli kupić gier, e-booków oraz wszelkiej maści oprogramowania, jeżeli sprzedawca postanowi wykorzystać geoblokowanie. Jednak nad tą kwestią Komisja Europejska zamierza się jeszcze zastanowić.
Prawo w formie regulacji unijnych już obowiązuje, jednak to na państwach członkowskich leży obowiązek przygotowania odpowiednich ustaw oraz sposobów ich egzekwowania. Muszą one wyznaczyć odpowiednie organy zapewniające praktyczną pomoc konsumentom.
Oczywiście sprzedawcy, którzy bardzo nie chcą wysyłać towarów za granicę nie będą mieli problemu z obejściem przepisów – wystarczy, że ustalą horrendalnie wysokie ceny wysyłki za granicę, a konsumenci sami postanowią zrezygnować z zakupu. Pozostaje pytanie czy władze państw będą na to reagować?
Źródło: Bussiness Insider
