Używanie emoji może już nie być tak bezpieczne, jak się wydaje – zwłaszcza jeśli masz więcej niż 30 lat i często sięgasz po symbol „kciuka w górę”. Dla przedstawicieli Pokolenia Z (urodzeni pomiędzy 1995 i 2012 rokiem) ten powszechny gest nie oznacza już aprobaty, lecz… pasywno-agresywną odpowiedź. Pokolenie płatka śniegu? Cóż, na przestrzeni ostatnich lat coraz więcej młodych ludzi uważa go za niegrzeczny i sygnalizujący brak zaangażowania w rozmowę.
Czy symbol kciuka w górę to oznaka braku szacunku?
Według Keitha Broni, redaktora naczelnego Emojipedii, Pokolenie Z postrzega emoji „kciuka w górę” jako oznakę chłodu i ignorancji, szczególnie w komunikacji zawodowej. Dla młodszych osób jest to forma pasywno-agresywna i przejaw leniwej odpowiedzi. Często używana jest ironicznie, co prowadzi do nieporozumień międzypokoleniowych, zwłaszcza w pracy.
Nie tylko kciuk w górę znalazł się na cenzurowanym. Młodsi użytkownicy sieci wytykają także emotkę śmiechu ze łzami czy też najzwyklejszy uśmiech jako odpowiedzi „fałszywe” i „nieszczere”. Trzeba przyznać, że symbole te czasami używa się w takim kontekście.
Zawsze można, nie zawsze wypada
Chociaż emoji mają budować emocjonalne porozumienie, nie zawsze wypada ich używać. Broni ostrzega przed wysyłaniem emotek w poważnych sytuacjach zawodowych, chyba że przełożeni sami z nich korzystają. Wtedy można je „odbić”, dostosowując się do stylu rozmówcy. Sami wiecie doskonale, że kciuk w górę może być traktowany jako pasywno-agresywna odpowiedź. Kiedy? Na przykład w sytuacji zagorzałego konfliktu, gdy jest wysyłany w odpowiedzi na litanię drugiego z rozmówców.
Z badania Adobe wynika, że niektóre symbole – jak całus z sercem czy buźka z serduszkami – mogą zwiększyć naszą sympatię w oczach innych. Z drugiej strony, emoji o podtekście seksualnym (bakłażan, brzoskwinia, kropelki) lepiej pozostawić w sferze prywatnej.
A jak jest w Waszej ocenie? Czy kciuk w górę jest pasywno-agresywny? A może absolutnie każde emoji użyte w odpowiednim kontekście może takie być i pokolenie Z robi dużo hałasu o nic?
Źródło: Independent, NY Post