Razer Basilisk V3 Pro to myszka z fizycznym DLC
Razer to marka szalenie ceniona pośród miłośników gier komputerowych. Podczas gdy niektórzy uważają, że w jej przypadku płaci się przede wszystkim za logo, inni uznają produkty marki Razer za solidny sprzęt, warty swojej wysokiej ceny. Razer zaprezentował swoją najnowszą myszkę bezprzewodową Razer Basilisk V3 Pro i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie jedna z jej cech.
Razer Basilisk V3 Pro to bezprzewodowy gryzoń z łącznie 11 programowalnymi przyciskami, sensorem optycznym Focus Pro 30K oraz przełącznikami optycznymi 3. generacji. Wrażenie robi 13 strefowe podświetlenie Chroma Lightning i możliwość dynamicznej jego reakcji na działania w ponad 200 kompatybilnych grach. Producent zachwala rolkę HypersScroll Tilt oraz opcję ładowania przewodowego za pomocą Mouse Dock Pro oraz Wireless Charging Puck. Problem polega na tym, że dwa wspomniane akcesoria są dodatkowo płatne. Problem polega nie na tym, że producent oferuje dodatkowe akcesoria do gryzonia, ale na tym, że konsument zapłacił, za zaadaptowanie myszki do ich obsługi, o czym za chwilkę. Ekstra płatny jest też bezprzewodowy klucz sprzętowy HyperPolling 4K Hz, gwarantujący opcję jeszcze wyższej częstotliwości raportowania bezprzewodowego. Opisywaliśmy go przy okazji newsa o premierze myszki Razer DeathAdder V3 Pro.

Domyślnie Razer Basilisk V3 Pro ładowany jest za pośrednictwem złącza USB-C. Osoby pragnące skorzystać z technologii ładowania Qi muszą zakupić dodatkowe akcesoria. Zwykły krążek u spody myszki trzeba zastąpić krążkiem Charging Puck (kosztuje 24,99 euro) lub dokupić zawierający go zestaw ze stacją dokującą Mouse Dock Pro za 99,99 euro (ok. 475 złotych). Basilisk V3 Pro sam w sobie kosztuje 179,99 euro (ok. 856 złotych), co i tak czyni go obrzydliwie drogą myszą. Łatwo policzyć, że za myszkę i dok należy zapłacić ponad 1330 złotych! Absurd? Najwyraźniej nie w świecie produktów Razera.
Trochę inaczej niż w BMW, ale niesmak pozostaje
Internauci zareagowali oburzeniem na postawę Razera i trochę trudno im się dziwić. Myszka z ładowaniem bezprzewodowym za 1300 złotych zakrawa na śmieszność nawet w przypadku tak uznanej marki. Skoro jednak Apple może sprzedawać podstawę do monitora za 4799 złotych, a kółka do obudowy za 4199 złotych… Cóż, witamy w nowej rzeczywistości, gdzie inflacja jest wysoka, a złotówka słaba.
Niektórzy przyrównują postawę Razera do BMW. Otóż wydaje mi się mimo wszystko, że ta jest odrobinkę mniej bezczelna. Myszka Razer Basilisk V3 Pro nawet bez krążka Charging Puck ma w końcu odpowiednie złącze ładowania współpracujące z Razer Charging Puck, co oznacza, że konsument kupujący myszkę de facto za nie płaci, nawet jeśli nie dokupi akcesoriów „odblokowujących” ładowanie indukcyjne. Dlaczego napisałem, że „płaci”? A myślicie, że producent kosztów produkcji złącza nie przenosi na klienta? 😉 W przypadku BMW podgrzewane fotele i wszystkie komponenty hardware’owe są na miejscu, zatem konsument opłaca tylko odblokowanie w oprogramowaniu. Tutaj trzeba dokupić jeszcze fizyczną stację dokującą i krążek.
Nie wiem jak Wy, ale ja poważnie obawiam się tego, co korporacje wymyślą za dziesięć, może dwadzieścia lat. I wiecie co jest najgorsze? Że producenci posuwają się tak daleko, bo konsumenci im na to pozwalają. Głosując za takimi rozwiązaniami poprzez wydawanie swoich pieniędzy. Zastanówcie się, czy naprawdę chcecie takiej przyszłości.
Źródło: Razer
