TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.  [X]
Wtorek, 25 Luty 2014 15:44, Wpisany przez Rafał Predko

retrro flatout logo

John Rambo to postać, która już za czasu mych szczenięcych lat, stanowiła wzór do naśladowania podczas podwórkowych zabaw. Każdy z kolegów (ze mną włącznie) obejrzawszy tą kultową dziś trylogię filmów akcji, chciał być taki jak on - silny, małomówny i niezniszczalny. W tych zamierzchłych czasach marzenia o byciu Johnem Rambo były czymś więcej niż tylko dziecięcą zabawą, były wręcz obywatelskim obowiązkiem. Dziś gdy dawne ideały pokrył kurz, zmieniając je w sentymentalne wspomnienia, pojawiła się gra - Rambo: The Video Game, która w założeniu swym stanowić ma swoisty powrót do przeszłości. Tytuł ten zapowiedziano bowiem jako retrospekcję filmowej trylogii, pozwalającą uczestniczyć bezpośrednio w wydarzeniach, widzianych dotychczas jedynie z perspektywy widza. Targany chęcią cofnięcia się w czasie, postanowiłem sprawdzić na własnej skórze, jak by to było spojrzeć na świat oczyma Rambo. Tak też się stało... O tym co ujrzałem, przeczytacie w poniższej recenzji...

Rambo: The Video Game to dzieło polskiego studia Teyon będące strzelanką, w której pomysł na mechanikę rozgrywki zaczerpnięto z takich hiciorów jak Virtua Cop czy House of Dead. Tym, którzy nie wiedzą „o co kaman” powiem, że sprawa prezentuje się tu tak, iż postać samodzielnie porusza się po kolejnych lokacjach, gracz natomiast kontrolując celownik, strzela do pojawiających się przeciwników. Mówiąc krótko - czysta sieczka bez głębszej filozofii.

Pojawiają się tu oczywiście momenty, w których musimy przeładować magazynek, skryć się za osłoną czy też wcisnąć odpowiedni klawisz, lecz są one jedynie uzupełnieniem ogólnie pojętej, krwawej rozwałki.

1

Ubijając przeciwników oraz niszcząc różnego rodzaju obiekty zdobywamy punkty doświadczenia pozwalające osiągnąć wyższy poziom. Wraz z awansem pojawia się możliwość rozwinięcia jednej z kilku dostępnych umiejętności (odporność na obrażenia, umiejętność korzystania z określonych rodzajów broni itp.) oraz perspektywa skorzystania z tzw. perków, ułatwiających rozgrywkę.

Ciekawym rozwiązaniem okazał się być sposób w jaki nasz bohater regeneruje utracone zdrowie. Otóż zabijając określoną liczbę wrogów, zwiększamy wskaźnik szału bitewnego, pozwalającego po osiągnięciu określonego limitu przejść w tryb, w którym spowalnia się czas a zabijani wrogowie dostarczają nam punktów życia.

2

Wspomniane przed momentem rodzaje broni, to w gruncie rzeczy jeden z elementów, mających na celu dać poczucie urozmaicenia rozgrywki. Gracz stając przed możliwością wyboru swojego arsenału przed każdą z misji, powinien być jednak świadom faktu, że jedna z broni przypisana jest odgórnie. Samodzielnie zaś wybieramy spośród tych, które odblokujemy wykonując odpowiednie polecenia.

Chwilę wytchnienia od masowej eksterminacji oponentów, zapewniają fragmenty gry, w których zmuszeni jesteśmy wciskać wskazane klawisze. Czyniąc to w odpowiednim momencie zdobywamy punkty oraz przechodzimy do dalszych sekwencji przewidzianych w rozgrywce.

3

W kwestii urozmaiceń czeka nas również możliwość obsługi broni pokładowej helikoptera oraz korzystanie ze stacjonarnych CKM'ów. To chyba wszystko na co liczyć mogą gracze. Próżno szukać tu bowiem jakichkolwiek dróg wyboru, gra prowadzi nas jak po sznurku, oferując powtarzalne sekwencje oparte na skryptach. Zachowanie przeciwników, kolejność ich pojawiania się reakcje, jednym słowem każdy przejaw ich aktywności to czynności z góry zaprogramowane.

Taki stan rzeczy sprawdzał się być może przed dekadą, teraz jednak mamy prawo oczekiwać czegoś więcej, aniżeli rozgrywki wymagającej wyuczenia się na pamięć poszczególnych sekwencji. Wygląd naszych przeciwników to również świadectwo tego, że twórcy poszli na łatwiznę. Trochę dziwnie bowiem czułem się gdy zza krzaków wychylali się do mnie żołnierze, którzy nie dość, że jednakowo ubrani (co jeszcze byłbym w stanie zrozumieć) to na dodatek ich facjaty wyglądały jak gdyby stała przede mną armia klonów.

4

Kolejną sprawą, którą chyba powinienem lekko sprostować, jest moje porównanie do serii House of Dead oraz Virtua Cop. Uświadomiłem sobie bowiem właśnie, że w analogię tą wkradła się pewna niesprawiedliwość. Wspomniane klasyki, już od początków swego istnienia, oferowały nam co jakiś czas możliwość wyboru jednej z dróg, którymi możemy powędrować. W przypadku Rambo: The Video Game sprowadziło się to do epizodycznego jedynie momentu, w którym decydujemy czy jedną z misji ukończymy w trybie cichej eksterminacji połączonej ze skradaniem się czy też weźmiemy na klatę hordy przeciwników, prując w nich czym popadnie.

W tym wszystkim znalazło się jednak miejsce na pewien rodzaj nostalgii bowiem sekwencje filmowe, stanowiące przerywniki pomiędzy misjami, zostały stworzone na bazie wydarzeń opowiedzianych w filmowej serii. Niestety pomysł choć genialny w swym założeniu został delikatnie mówiąc „skaszaniony”. Wszystko za sprawą grafiki, której użyto do opowiedzenia historii naszego bohatera. O wiele lepiej wykonane sekwencje filmowe w grach widziałem jakieś 14 lat temu, czego przykłady mógłbym wymieniać w nieskończoność.

5

Grafika, animacje, eksplozje oraz wygląd postaci wołają o pomstę do nieba. Wszystko to mogłoby być oczywiście potraktowane jako żart, karykaturalny obraz wyrysowany przez casualową produkcję dla fanów kultowego bohatera filmów akcji... gdyby nie cena. Za grę Rambo: The Video Game, każą nam płacić grubo ponad 100 zł co w przełożeniu na dzisiejsze superprodukcje stanowi prawdziwie przezabawną groteskę.

No dobra, ktoś powie - „ale może choć sama rozgrywka dostarcza frajdy?” Żeby nie być tak całkiem na anty powiem, że podczas zabawy nie zabrakło chwil emocji zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych. Choć wspomniana przy okazji przerywników filmowych grafika wypadła gorzej niż miernie to w przypadku scenerii walk zdarzały się miejscówki, wykonane na miarę współczesności.

6

Pomimo wszelkich wad jakimś cudem dałem się porwać zabawie i strzelając do wszystkiego co popadnie mogę powiedzieć, że całkiem miło spędziłem czas. Niestety nic nie trwa wiecznie i nawet radość z rozgrywki w pewnym momencie uleciała niczym papierosowy dym. Wszystko za sprawą niezbalansowanego poziomu trudności. Grając na poziomie najłatwiejszym przez znaczną większość misji przebrnąłem bez większych komplikacji po to, by w końcowych etapach doznać czegoś na wzór olśnienia.

Nie było to jednak olśnienie pozytywne, na usta cisnęły mi się bowiem przekleństwa, znajomości których nie byłem dotychczas nawet świadom. Próbując po raz sto trzydziesty piaty przebrnąć przez powtarzającą się w kółko sekwencję, wpadłem w prawdziwy szał co w efekcie zakończyło moją przygodę z Rambo: The Video Game. Rozumiem że nie musi być łatwo, ale panowie od tego są poziomy trudności, których w grze przecież nie zabrakło. Dlaczego więc taka rozbieżność? Nie dało się się zbalansować całości względem wyboru dokonanego przez gracza?

7

Gdyby nie cena dałoby się jednak przełknąć wszelkie niedoskonałości, bo jak wspomniałem wcześniej momentami zabawa była przednia a sama gra to chyba jedyna możliwość, by współcześnie móc powrócić do czasów lat 80 ubiegłego stulecia i na własnej skórze poczuć się jak sam John Rambo. Szkoda tylko że w rozliczeniu ogólnym potencjał gry został zmarnowany. Niemniej mam nadzieję, że twórcy uznają to jako lekcję i przy okazji kolejnej produkcji, oddadzą nam produkt o wiele bardziej godny swej ceny.

Biorąc bowiem pod uwagę długość rozgrywki i poziom wykonania całości, obecna cena powinna zostać zmniejszona do maksymalnie 19,99 zł. Ocenę swą natomiast zawyżam o jeden punkt z powodów czysto sentymentalnych.

Ocena


gamer ranting 4

Galeria

bwd  Zdjęcie 1/205  fwd